- Och, koteczku. - Marla czuła, jak łzy ulgi napływaja jej

śmiałków. Na molo kłębili się spacerowicze, rowerzyści, biegacze, zakupowicze. Wędkarz na
przekleństwo – odruch, by odpychać od siebie wszystko, co dobre. Owszem, była
przyjemności swoją reakcją.
siedziba wydziału zabójstw. Nie pojmował czegoś innego – zmiany, jaką wyczuwał w
przy niej kierowany wyrzutami sumienia, a przecież jasno dał jej do zrozumienia, co sądzi o
od centrum, do podupadłej dzielnicy. Minął ciąg magazynów na starym San Miguel
– Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę dzwonić na recepcję.
restauracji była garstka klientów.
Odzyskać zimną krew.
– Co ty wyprawiasz? – zapytał na głos. Zacisnął usta.
– Nie. – Zamieszał potrawkę z owoców morza i pokręcił głową. – Ale nie myślę też, że
Ale jej żołądek się buntował. I miała zawroty głowy.
w oknie sypialni.
że to kobieta, choć trudno mieć pewność przy nagraniu tak niskiej jakości.


waloryzacja rent i emerytur 2020blacharz elblagblacharz elblagapartament nad morzem kolobrzegodpowiedzialność biura rachunkowego

Kiedy usiadła za kierownicą, słońce już schowało się za zachodnimi wzgórzami i szybko nadciągał mrok. Długie

wesołego miasteczka na molo, jak chodzili do restauracji i obserwowali, jak słońce znika za
pod sztuczną skóra plastik albo metal.
prawda? O bliskość. Kontakt. Zaufanie. O Boże... Traciła go, czuła to w pustej sypialni.

- Musimy... musimy ją znaleźć - powiedział. - Caitlyn... musimy ją znaleźć, zanim będzie za późno. - Zgoda. - Reed spojrzał na policjantów. - Chodźmy. Zanim zostanie popełnione kolejne morderstwo. A pan niech wsiada do samochodu. - Ale... - Proszę nie dyskutować. - Spojrzał na olbrzymiego policjanta, który skuł Adama. - Zostań z nim i wezwij posiłki. Potem, zanim przeklęty psycholog zdążył zaprotestować, ruszył z Sylvie i Montoyą do tonącego w ciemnościach domu. Unosił się w nim zapach śmierci. Usłyszeli muzykę, jakąś dziwną piosenkę. Reed miał złe przeczucia, coraz gorsze w miarę jak zaglądał do kolejnych ciemnych pomieszczeń. Weszli po schodach na górę i przez otwarte drzwi do sypialni. - Skurwysyn. Pierdolony skurwysyn - wyrzuciła z siebie Morrisette, patrząc na łóżko. Po ciałach posypanych czymś białym, chyba cukrem, pełzało robactwo. - Sukinsyn. - Montoyą zacisnął usta w wąską kreskę. Chyba nie po raz pierwszy widział taką scenę. Gdy Morrisette rozpoznała Sugar i Cricket Biscayne, najpierw zaniemówiła, a potem zaklęła tak siarczyście, że gdyby musiała wrzucić za to pieniądze do skarbonki, nie wypłaciłaby się do końca życia. - Co za chory sukinsyn?! - zapytała. - Cukier i świerszcze. Takie miały przezwiska... o Boże, wykończmy tego świra. - Najpierw musimy go znaleźć. Albo ją - powiedziała Reed. - Wezwijcie ekipę do zabezpieczenia śladów. - Wyjrzał przez okno w ciemną noc. - Chodźmy. Jeszcze nie skończyliśmy. Może znajdziemy więcej ciał. - Jezu - wyszeptała Morrisette. - Albo zabójcę - dodał Montoyą. - Racja. Chodźmy. Może uda nam się znaleźć Caitlyn Bandeaux. - Jeśli nie jest za późno - wyszeptała Morrisette i Reed ze zdumieniem zobaczył, że kreśli na piersiach znak krzyża. - To ona mogła to zrobić - przypomniał im trzeźwo Reed. Kto to, do diabła, wie? Adam Hunt uważa, że Caitlyn ma rozdwojoną osobowość. To wiele wyjaśniało, ale Reed nie był do końca przekonany. To jakiś psychologiczny bełkot. Jedno, co wiedział, to to, że Caitlyn może być morderczynią. Albo ta druga, która kryła się pod tą samą postacią. Ta druga mogła być też wygodną wymówką. Dopóki nie znajdzie Caitlyn Montgomery Bandeaux, nie będzie niczego przesądzał. W głowie jej wirowało, zawieszona między życiem a śmiercią raz była Caitlyn, raz Kelly. Leżała na biurku w białym pokoju. Jaskrawe lampy fluorescencyjne oświetlały podłogę wyłożoną płytkami i przykrytą brezentem.

wszystkiego, co tylko przyszło jej na mysl - swojego imienia,
- To dziwne.
chatę i pole, na którym mimo burzy pasły się longhorny.

Boże, jak bardzo ją kocha, pomyślał, gdy z ołowianego nieba spadły pierwsze krople

- Tak mi powiedziano.
- A fartuch?
goraca i sliska pod meskimi dłonmi, i usmiech bardziej